ON TOUR: Borussia Dortmund. Siła żółtej ściany?

Minęły już czasy, w których „polskie trio z Dortmundu” zdobywało serca kibiców na całym świecie. Sympatia do następców ekipy stworzonej kilka lat temu przez Jurgena Kloppa, której filarami byli Łukasz Piszczek, Jakub Błaszczykowski i Robert Lewandowski, wciąż jest jednak żywa. Stadion Borussii jest jednym z najchętniej odwiedzanych obiektów piłkarskich w Europie. Po tym, co przeżyłem w Dortmundzie przy okazji meczu BVB, stwierdzam bez dwóch zdań, że nie ma co się dziwić. Dlaczego? Zachęcam do zapoznania się z okołomeczową relacją ze starcia Borussia Dortmund – Union Berlin.

Osobom, które interesują się turystyką stadionową, nie trzeba tłumaczyć, jak ciężko zdobyć bilet na piłkarskie święto ma Signal Iduna Park. Sprzedaż jest podzielona na dwa etapy. W pierwszym z nich wejściówki mogą nabyć jedynie posiadacze kart kibica. Każdy z nich może kupić cztery bilety, a większość z nich w 100% wykorzystuje ów limit. Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest to, że w otwartej sprzedaży kibice mają do upolowania jedynie resztki z ponad 80 tysięcy dostępnych miejsc. I tak, „upolowanie” jest tutaj właściwym słowem. W gruncie rzeczy nie pozostaje nic innego, jak tylko włączyć stronę eventimsports.de/ols/bvb/de/bundesliga/channel/shop, co jakiś czas ją odświeżać i trzymać kciuki, by za moment coś wpadło. Na tym koniec? Niestety nie. Chętnych robiących to samo jest tak dużo, że nawet kiedy już witamy się z gąską, nagle okazuje się, że ktoś uprzedził nas o kilka sekund i ma bilety w koszyku, zatem dla nas przestają być dostępne. Z uwagi na fakt, że do Dortmundu wybraliśmy się w pięcioosobowym składzie, szybko zdaliśmy sobie sprawę, że dorwanie takiej liczby wejściówek w jednym sektorze graniczy z cudem. W związku z tym zdecydowaliśmy się na bilety na sektor gości. Te udało się nabyć bez trudu, a ich nominalna cena (17,70 euro) została nieco podniesiona przez opłaty manipulacyjne (3,30 euro) oraz, co jasne, koszt wysyłki (12,95 euro). Dotarły do nas bardzo szybko, raptem trzy dni robocze po ich zamówieniu.

Pisałem już o tym przy okazji relacji z innych niemieckich stadionów, ale jeśli ktoś nie czytał, to od razu dodam, że w Niemczech bardzo rzadko wyjazd kibiców na mecz ma taki charakter jak w Polsce czy innych krajach. Tam, choć za swoim klubem po całym kraju podróżuje nawet kilka tysięcy osób, eskapada odbywa się najczęściej samochodami. Fani przyjeżdżają na miejsce z samego rana, przywdziewają barwy i wspólnie z kibicami gospodarzy okupują bary, puby i inne lokale, sącząc piwo i umilając chwile rozmowami. Przed wejściem na sektor gości nie spotykają się w jednym punkcie, nie zostają otoczeni przez ciężko uzbrojoną eskortę policji, a płynność wchodzenia nie jest uzależniona od kaprysów stróżów prawa czy ochrony. Zamiast tego jest luźny spacer w kierunku piłkarskiej areny. Na miejscu wszyscy goście łączą się w końcu w jedną, skonsolidowaną grupę.
Nie inaczej było i tym razem. W dniu meczowym w Dortmundzie wszystko kręci się wokół Alte Markt, placu znajdującym się w centrum miasta. To tam napierają tysiące kibiców chcących napić się piwa i nakręcić na nadchodzące widowisko. W momencie otwarcia barów, plac przyjmuje żołto-czarne kolory. Największą popularnością cieszy się Wenkers, pub, w którym chmielowe dobro warzy się od 1517 roku.

Jak wspomniałem wcześniej, Signal Iduna Park jest potężnym magnesem dla fanów piłki nożnej z całego świata. W weekendy, w których w Dortmundzie odbywa się mecz, brytyjskie linie lotnicze uruchamiają dodatkowe połączenia, by nie zabrakło miejsc dla podróżujących do zachodniej części Niemiec. Szacuje się, że na każdym domowym meczu BVB melduje się od 1000 do nawet 3000 przybyszy z samych Wysp Brytyjskich. A to skrzętnie wykorzystują miejscowi. Ceny noclegów osiągają wówczas horrendalne sumy. Przed sobotnim starciem najlepiej widoczni byli jednak Norwegowie. Ich rodak, Erling Braut Haaland, szybko zadomowił się w Zagłębiu Ruhry, zdobywając pięć goli w dwóch poprzednich meczach. Jego dorobek robił tym większe wrażenie, jeśli weźmie się pod uwagę, że starcia przeciwko Augsburgowi (5:3, hat-trick) i Kolonii (5:1, dwa trafienia)… zaczynał na ławce rezerwowych! Skandynawowie liczyli zatem na to, że młoda, wschodząca gwiazda europejskiej piłki zachwyci po raz kolejny. Jak się później okazało – nie przeliczyli się.

Tuż obok Wenkersa znajduje się dwupoziomowy fanshop BVB, w którym można kupić dosłownie wszystko. Oprócz standardowych replik meczowych, polówek, spodenek, spodni, kurtek, śpioszków dla dzieci, odznak, proporczyków, plakatów, flag, zdjęć, na konsumentów czekają takie cuda jak m.in. kaczuszki do kąpieli, czekolady, lizaki, płatki śniadaniowe, przybory szkolne, spinki do koszul i akcesoria budowlane. Oczywiście wszystko sygnowane logiem Borussii. Marketing pełną gębą.

Miejsc, w których można zakupić pamiątki związane z piłkarską wizytówką miasta, jak i samych sklepów i lokali wyposażonych w emblematy klubu, jest oczywiście cała masa. Widać je szczególnie w drodze z Alte Markt na stadion. Mnie najbardziej urzekł lokal z kebabem, przy którym powiewa źółto-czarna flaga z herbem Borussii, a obrotowy znak z jednej strony zawiera zdjęcie mięsa, a z drugiej klubowe logo.

By jeszcze bardziej poczuć atmosferę piłkarskiego święta, trzykilometrową drogę z centrum na Signal Iduna Park najlepiej pokonać pieszo. Nie ma co włączać GPS-a, wystarczy iść za tłumem. Im bliżej miejsca docelowego, tym coraz więcej uformowanych grupek kibiców gospodarzy i gości. Za naszą zachodnią granicą spożywanie alkoholu w miejscach publicznych jest dozwolone, zatem, chcąc wprawić się w lepszy humor przed meczem, nie trzeba się ukrywać. Pod stadionem tłoczno robi się już na długo przed pierwszym gwizdkiem. Nie ma co się dziwić. Przeżywanie dnia meczowego w niemieckim wydaniu może trwać, bez żadnej przesady, nawet kilkanaście godzin. Wszystko dzięki licznym atrakcjom czekającym na fanów w okolicach piłkarskich aren. Jest tam wszystko, czego w takim dniu potrzeba kibicowi do szczęścia – alkohol, boooogata, przystępna cenowo i jakościowo oferta gastronomiczna oraz towarzystwo innych fanatyków. Jeśli odwiedzacie czasami polskie stadiony, to zapewne doskonale wiecie, że u nas czegoś takiego zdecydowanie brakuje. Catering? Jasne, ale dostępny jedynie po wejściu na obiekt, w dodatku mizernej jakości. Piwko z kolegami? Tak, ale też jedynie na trybunach, w dodatku bardzo drogie jak na 3,5-procentowy napój przypominający kranówkę z posmakiem chmielu. Napicie się przed przekroczeniem kołowrotków? Można, ale albo w domu, albo gdzieś między blokami, śmietnikami czy krzakami, a i tak istnieje duże ryzyko, że za moment zjawią się tajniacy, którzy srogo wycenią opróżniany alkohol. W tym aspekcie (i niestety nie tylko w tym) Bundesliga jest lata świetlne przed Ekstraklasą. Zdaję sobie sprawę, że polskie kluby w wielu aspektach mają związane ręce przez obowiązujące prawo, jednak w moim odczuciu i tak nie przykładają należytych starań w kierunku zapewnienia kibicom dodatkowych atrakcji.

Skoro przed momentem napomknąłem o jedzeniu, czas na małe info dla fanów stadionowej gastronomii. Tuż po dostaniu się na stadion można nabyć m.in. znakomitą białą kiełbasę w bułce (2,80 euro), równie pyszny kebab w kubełku (4,30 euro) i hot-dogi z masą dodatków, takich jak prażona cebulka, kapusta czy papryczki jalapeno (2,30 euro). Zdjęć oczywiście nie zamieszkam, bo jedzenie jest po to, żeby je jeść, a nie by je wizytować.
Westfalenstadion był jedną z aren Mistrzostw Świata 1974 oraz 2006. Ten pierwszy turniej zawędrował do Dortmundu dość przypadkowo, w konsekwencji niespodziewanej rezygnacji Kolonii. Na organizacji dwóch Mundiali klub i jego kibice niesamowicie zyskali. Tak naprawdę to dzięki czempionatowi z 1974 roku obiekt został wybudowany. Mógł pomieścić wówczas 56 400 osób. Wcześniej Borussia rozgrywała swoje mecze na Rote Erde, mającym ponad dwukrotnie mniejszą pojemność. Zainteresowanie meczami piłkarskimi w Dortmundzie było na przełomie lat 60. i 70. poprzedniego wieku tak duże, że często na trybunach meldował się nadkomplet publiczności, co wiązało się z dużym ryzykiem. Nowy stadion miał zniwelować ten problem. Podkreślenia wymaga fakt, że do końca lat 80. XX wieku standardem europejskich stadionów były sektory z miejscami stojącymi. Tragedie na Heysel i Hillsborough zmusiły władze UEFA do dyskusji na temat poprawy bezpieczeństwa. Jednym z punktów licznych dywagacji była konieczność zamontowania na wszystkich obiektach siedzisk i eliminacja wszystkich miejsc stojących. Niemieccy kibice stanowczo nie zgodzili się na takie rozwiązanie. Dla nich możliwość oglądania meczów w pozycji stojącej stało się czymś więcej niż przyzwyczajeniem, a że działacze i prezesi tamtejszych klubów mocno liczą się z ich zdaniem, nie pozostało im nic innego niż sprzeciwić się władzom europejskiej piłki. Co prawda początkowo w Dortmundzie zamontowano siedliska na każdej z trybun, przez co pojemność Westfalenstadion została zredukowana do 48 tysięcy, jednak szybko postarano się o powrót starego porządku. UEFA przyjęła postulaty z Bundesligi, przyznając jednocześnie, że miejsca stojące nie były przecież bezpośrednią przyczyną przytoczonych wyżej tragedii. W związku z tym w Niemczech wszystko wróciło do normy. Dodatkowo szybko zaczęto przebudowę stadionu Borussii, dzięki czemu na przełomie wieków mógł pomieścić już 69 tys. kibiców. Przed Mundialem 2006 doszło do kolejnej rozbudowy, po której przybyło kilkanaście tysięcy miejsc.


Żeby była jasność, sektory stojące obowiązują jedynie na meczach Bundesligi i Pucharu Niemiec. Na czas spotkań w europejskich pucharach oraz starć reprezentacji Niemiec, na trybunach zostają zamontowane siedliska. Wówczas drastycznie spada pojemność obiektu. Fizyki nie da się bowiem oszukać. Wyobraźmy sobie murek o długości, przyjmijmy, 10 metrów. Jeśli zamontujemy na nim 8 plastikowych krzesełek, wówczas pomieści zaledwie 8 osób. Kiedy natomiast zostawimy go bez żadnych modyfikacji i pozwolimy ludziom swobodnie na nim stanąć, jego pojemność będzie znacznie większa. I tak podczas meczu krajowego Signal Iduna Park jest w stanie pomieścić 81 365 osób, a np. w Lidze Mistrzów „zaledwie” 65 829. Na Bundeslidze i Pucharze Niemiec „goły”, pozbawiony krzesełek, pozostaje młyn gospodarzy i część sektora gości. Z racji tego, że sobotni mecz mieliśmy przyjemność oglądać z perspektywy tego drugiego, tuż przed wejściem trafiliśmy na składowisko siedlisk, znajdujące się tuż pod trybuną.

Nasz sektor nie robił jednak takiego wrażenia jak największe skupisko miejsc stojących, wychwalana i już niemal legendarna trybuna południowa, czyli Südtribüne. Imponuje przez swoje swoje rozmiary i zapełnienie. Z uwagi na stromość, jednokondygnacyjny układ oraz barwy, w które odziani są stojący na niej kibice, jest nazywana Żółtą Ścianą. W Bundeslidze mieści 25 000 kibiców. Już na ponad godzinę przed pierwszym gwizdkiem zapełnia się do ostatniego miejsca. Widok z naprzeciwka jest oszałamiający. I nie ma znaczenia, czy akurat jest bardziej żółta, czy bardziej czarna.

W momencie człowiek zaczyna się zastanawiać, co będzie, kiedy ta rzesza fanów ruszy z dopingiem. Kto oglądał w telewizji chociaż jedno domowe starcie BVB, zapewne nasłuchał się chwalebnych komentarzy komentatorów pod adresem kibiców tworzących atmosferę. Jak jest naprawdę? Bardzo obiecujący przedsmak ma miejsce na kilka minut przed pierwszym gwizdkiem. Przed każdym meczem na stadionie rozbrzmiewa bowiem głośne You’ll never walk alone. Co ciekawe, inspiracją do grania tego utworu wcale nie byli kibice Liverpoolu. W lidze niemieckiej pojawił się dzięki fanatykom St. Pauli, którzy podchwycili ją od fanów Celticu Glasgow i, w swoim stylu, przerobili na wersję metalową. Później moda na utwór grupy Gerry and The Pacemakers opanowała inne areny za naszą zachodnią granicą. Na kilku z nich, w tym właśnie na Signal Iduna Park, jest grana i odśpiewywana do dzisiaj. W trakcie meczu doping południowej trybuny nie powalił na kolana. W czynnym dopingu udział bierze +/- 10% obecnych na niej osób. Widać to szczególnie podczas przyśpiewek z klaskaniem lub podskakiwaniem. Jest oczywiście głośny i ładnie niesie się po stadionie, jednak – nie oszukujmy się – przy takiej liczbie fanatyków powinien zwalać z nóg. Gdy o swoim spostrzeżeniu napisałem na twitterze, dostałem kilka odpowiedzi, że prawdopodobnie trafiłem na słabszy dzień kibiców BVB. Z jednej strony jestem w stanie w to uwierzyć. Z całym szacunkiem dla fanów Die Eisernen, ale dla Dortmundczyków pojedynek z Unionem nie jest jakimś szczególnym wydarzeniem. Podejrzewam, że dopiero na derby z Schalke czy klasyk z Bayernem motywują się do granic możliwości. Z drugiej strony zabawie na trybunach powinien sprzyjać choćby sam przebieg sobotniego meczu. Gospodarze, w barwach których cały mecz rozegrał Łukasz Piszczek, pokonali beniaminka rozgrywek aż 5:0. Tym razem nieco słabsze zawody rozegrał jeden z najlepszych bramkarzy obecnego sezonu Bundesligi, Rafał Gikiewicz. Nasz rodak zaliczył dwa niedokładne podania, po których przeciwnicy mogli zdobyć gole, ponadto sprokurował rzut karny i popełnił błąd przy drugim trafieniu Haalanda. Oprócz tego był bardzo bliski obrony jedenastki wykonywanej przez Marco Reusa.

Wracając do atmosfery, doping gości zawiódł jeszcze bardziej niż gospodarzy. Przybyli w sile 3500 osób i ograniczyli się raptem do kilku okrzyków. Wraz z moimi towarzyszami zgodnie stwierdziliśmy, że gdyby w takiej liczbie na wyjeździe w Dortmundzie pojawili się kibice z czołówki polskiej sceny, mieliby spore szanse zaprezentować się wokalnie lepiej niż gospodarze. Choć może właśnie wtedy miejscowi poczuliby dodatkową motywację? Fani z Berlina ładnie zachowali się po zakończeniu spektaklu. Pomimo wysokiej porażki pożegnali swoich zawodników gromkimi brawami.

Chwilę później zaczęli jednak gwizdać, bo nie spodobało im się to, że pod trybunę południową zaproszony został jeden z bohaterów wielkiej Borussii z czasów Kloppa, Neven Subotić.

W samym obiekcie niełatwo się nie zakochać. Brak bieżni i stromość trybun sprawiają, że jest bardzo kompaktowy. Na dobrą sprawę trudno odczuć, że dookoła zasiada ponad 80 tys. osób.

Pomimo takiej liczby kibiców, wejście i wyjście ze stadionu odbywa się bardzo płynnie. Pod obiektem nie brakuje osób zbierających szklane butelki po piwie oraz wielorazowe, plastikowe kufle, za które można odzyskać kaucję. Jak pod wieloma arenami w Europie, także i tutaj niektórzy udają, że nie widzą gęsto rozstawionych koszów i wyrzucają zbędne odpady, gdzie tylko popadnie.

1.02.2020 r., 20. kolejka Bundesligi
Borussia Dortmund – Union Berlin 5:0 (2:0)
Sancho 13′
Haaland 18′, 76′
Reus 68′-k.
Witsel 70′

Warto odnotować, że Haaland doczekał się owacji na stojąco już podczas swojego drugiego występu na stadionie BVB.

Dla kibiców BVB mecz nie jest zakończeniem piłkarskiego święta. Dzień kończą dokładnie tak samo, jak go rozpoczęli. Do późnych godzin na mieście ciężko znaleźć lokal, w którym nie byłoby fanów w żółtych koszulkach.

Po raz kolejny miałem okazję przekonać się, że otoczka towarzysząca meczom Bundesligi jest niepowtarzalna. Można jej doświadczyć za naprawdę niewielkie pieniądze. Stosunek jakości piłkarskiej do cen biletów jest, moim zdaniem, najwyższy w całej Europie. Ponadto połączenia między Polską a Niemcami zaliczają się do jednych z najtańszych, zatem jeśli tylko będziecie mieli możliwość wybrać się na mecz Bundesligi, nie wahajcie się ani przez chwilę.

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *