Najciekawsze piłkarskie pseudonimy i ich geneza

Powszechnie wiadomo, że Messi to Pchła, Torres El Nino, El Shaarawy Faraon, Ronaldo Il Fenomeno, a Suarez El Pistolero. W piłkarskim świecie funkcjonują znacznie ciekawsze pseudonimy, a ich geneza często jest bardzo nieszablonowa.

Giuseppe Bergomi, Mistrz Świata z 1982 roku i wieloletni filar reprezentacji Włoch, trafił do pierwszej drużyny Interu w wieku 18 lat. Nowym kolegom od razu rzuciły się w oczy jego wielkie, gęste wąsy. Jeden z najbardziej doświadczonych zawodników Nerrazurrich, Giampiero Marini, podszedł do młokosa, przywitał się i z pełną powagą zapytał:

-Ty serio masz dopiero 18 lat? Przecież wyglądasz jak mój wujek!

Koledzy z szatni popłakali się ze śmiechu, a pseudonim „Wujek” przylgnął do Bergomiego już na zawsze. Nawet po zgoleniu wąsa.

fot. 110.inter.it

Włosi szybko poznali się na innej legendzie Interu, Javierze Zanettim. Patrząc na nieustępliwość, ogromną siłę i wytrzymałość Argentyńczyka, błyskawiczne nadali mu ksywkę „Traktor”.
Kolejny z byłych, wielkich zawodników Interu, Ivan Zamorano, od początku swojej kariery nosił pseudonim „Wsza”El Piojo. Pewnego dnia do napastnika zwrócił się chilijski dziennikarz i komentator sportowy, Juanito Espinosa i powiedział, że ksywka wsza do niego nie pasuje, a poza tym nie jest zbyt chwytliwa. Trzeba zatem wymyślić nową. Jednocześnie zapytał, jaki jest ulubiony program telewizyjny zawodnika. Ten odpowiedział, że Flinstonowie. Dziennikarz niemal w momencie zwrócił uwagę, że jednym z bohaterów tej bajki jest Bamm-Bamm, syn Barney’a i Betty. Połączył ten fakt z dużą częstotliwością, z którą Zamorano zdobywał gole i zaproponował, że po każdym jego trafieniu będzie wykrzykiwał Bam Bam.

fot. as.com

Napastnikowi, a potem chilijskim kibicom, bardzo się to spodobało, zatem pseudonim Bam Bam towarzyszył mu przez całą karierę i jest z nim do dziś. Nawet składając autograf, Zamorano wplata w podpis swoją ksywkę.

Warto dodać, że za czasów gry w Interze Chilijczyk był również nazywany „Zamo-Rambo”.
Wszyscy wiemy, że Franz Beckenbauer, wizytówka niemieckiej piłki, nosi pseudonim „Cesarz”. Dlaczego? Tutaj większość z nas żyje w błędzie. Zazwyczaj mówi się, że genezy tej ksywki należy szukać w półfinałowym meczu Mistrzostw Świata z 1970 roku. Niemcy podejmowali Włochów i byli przez nich niemiłosiernie faulowani. Pod koniec pierwszej połowy Beckenbauer doznał poważnej kontuzji prawego ramienia. Wyszedł jednak na drugą odsłonę. W bandażu, z unieruchomioną ręką. Rzeczywiście, można powiedzieć, że przypominał cesarza.

Ale nadanie mu tego przezwiska nie miało nic wspólnego ani z meczem z Włochami, ani ogólnie z piłką nożną. Po raz pierwszy określenia „Cesarz” w stosunku do Beckenbauera użył jeden z krajowych magazynów, porównując zawodnika do króla Bawarii, Ludwika II.

Ksywka została przyklepana na dobre, gdy Bayern udał się na towarzyski mecz do Wiednia, a tam Beckenbauer został sfotografowany obok popiersia Franciszka Józefa I, cesarza Austrii w latach 1848-1916.
Inny niemiecki piłkarz i trener, Jupp Heynckes, ma taką przypadłość, że podczas napływu emocji lub stresu jego twarz mocno się czerwieni. Skrupulatni obserwatorzy futbolu oczywiście to przyuważyli i porównali Heynckesa do zapalającej się żarówki. Szybko wymyślili mu przezwisko – „Osram” – posiłkując się nazwą jednego z niemieckich producentów sprzętu oświetleniowego.

fot. chicagotribune.co

Jeśli już jesteśmy za naszą zachodnią granicą, bardzo podoba mi się ksywka Marco Reusa. „Rolls-Reus”.
Pierwszym piłkarzem-celebrytą był bez dwóch zdań George Best. Najlepszy północnoirlandzki zawodnik w historii był częstym gościem pierwszych stron gazet, otaczał się masą pięknych kobiet i wlewał w siebie hektolitry alkoholu. Ze względu na ogromną popularność, urodę i skandale został nazwany „El Beatle”. Mówiono bowiem, że jest piątym członkiem grupy The Beatles. Jego hulaszcze życie najlepiej podsumuje zdanie:

„W 1969 roku rzuciłem alkohol i kobiety – to było najgorsze 20 minut mojego życia”.

W starciu przeciwko Hiszpanii na Mistrzostwach Świata 2014 Robin van Persie zdobył fenomenalnego gola po ekwilibrystycznym strzale głową. Po tym trafieniu tytułowano go „Latającym Holendrem”. Kilkanaście lat wcześniej jego poprzednika z ataku reprezentacji Holandii, Dennisa Bergkampa, nazywano w Anglii „Nielatającym Holendrem”. Były gwiazdor Arsenalu Londyn panicznie bał się latać samolotami, a od Mundialu w USA w 1994 roku unikał ich jak ognia.

fot. goal.com

Jego aerofobia przyprawiała Arsene’a Wengera o ból głowy, bo nie mógł skorzystać ze swojego asa w wyjazdowych meczach w europejskich pucharach, i uderzała w kieszeń samego piłkarza, który mówił po latach:

„Jeśli przy negocjacjach mówiłem milion, druga strona automatycznie obniżała stawkę o 100 tysięcy z powodu mojej przypadłości. I zgadzałem się na to”.

Kiedy w dowolnym miejscu na Ziemi, poza Brazylią, zapytamy przypadkowego przechodnia o najlepszego brazylijskiego piłkarza w historii, w odpowiedzi usłyszymy, że Pele. Kiedy to samo pytanie zadamy w Brazylii, szczególnie osobie nieco starszej, pamiętającej lata 50. i 60. poprzedniego wieku, istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że wskaże pochodzącego z Pau Grande Garrinchę. To właśnie ten zawodnik dwukrotnie prowadził Canarinhos do triumfu na Mistrzostwach Świata i porywał tłumy swoim widowiskowym i nieszablonowym dryblingiem. Garrinchy w zostaniu futbolowym magikiem nie przeszkodził krzywy kręgosłup i lewa noga krótsza od prawej, w zestawie tworzące swoisty żagiel na wietrze – lewa była wygięta na zewnątrz, a prawa do wewnątrz.

Wiele osób jest w błędzie, myśląc, że to właśnie płynnym, widowiskowym, porywającym tańcom z piłką zawdzięcza swój pseudonim. „Garrincha” to Strzyżyk – drobny, szybki, zwrotny ptaszek. Manuel Francisco dos Santos, bo tak brzmi pełne imię i nazwisko tego czarodzieja, specjalizował się w dzieciństwie w polowaniu na małe ptaki. Pod ostrzałem jego procy najczęściej padały targarki, gołąbeczki karłowate, klinodziobki, błyskotki, taczanki i właśnie strzyżyki. W dodatku za dzieciaka wyróżniał się filigranową budową ciała. Niczym ptaszki, które zabijał. Oba fakty połączyła jego siostra, Rosa, i to właśnie ona nazwała go Garrinchą. Mane miał wówczas zaledwie 4 lata.

Jeśli spodobał wam się powyższy tekst, udostępnijcie go swoim znajomym w postaci filmiku:

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *