Janusz Jojko. Najsłynniejszy samobój w historii polskiej piłki

Janusz Jojko był niesamowicie solidnym bramkarzem. Jeśli ktoś miał okazję oglądać jego grę, nie ma co do tego nawet cienia wątpliwości. Żaden golkiper nie rozegrał w Ekstraklasie więcej meczów niż on. W każdej rozmowie na jego temat stale przewija się jeden i ten sam wątek – samobójczy gol ze starcia Ruchu Chorzów przeciwko Lechii Gdańsk. Przez tę sytuację większości kibiców Jojko kojarzy się tylko i wyłącznie ze świadomym wrzuceniem sobie piłki do bramki. Ale czy ono rzeczywiście było świadome?

Można powiedzieć, że już dzień i miejsce urodzenia Janusza Jojki świadczyły o tym, że jest wręcz skazany na grę w barwach Niebieskich. Przyszedł bowiem na świat w Chorzowie 20 kwietnia 1960 roku, w dniu, w którym Ruch obchodził swoje 40. urodziny. Swój ligowy debiut w ekipie z Cichej 6 zaliczył 4 czerwca 1980 roku w starciu przeciwko Widzewowi Łódź, zastępując w 73. minucie Henryka Bolestę. W kolejnych sezonach częściej niż na boisku przesiadywał jednak na ławce rezerwowych. Ligowcem przez duże “l” został wraz z początkiem rozgrywek 1984/85. Wskoczył wówczas do świątyni Niebieskich i nie oddał w niej miejsca przez kolejne trzy sezony, rozgrywając w nich komplet 90 meczów w pełnym wymiarze czasowym.

Jeśli nie znalibyśmy finału tej historii, moglibyśmy przypuszczać, że właśnie w taki sposób narodziła się i kształtowała bramkarska legenda Ruchu Chorzów. Druga połowa lat 80. w naszej lidze wiąże się, niestety, z ustawianiem meczów. Żeby była jasność, wcześniej i później wyniki spotkań również bywały ustalane jeszcze przed wyjściem piłkarzy na murawę, jednak właśnie w omawianym czasie, a dokładniej  w czerwcu 1987 roku, PZPN postanowił uderzyć pięścią w stół. Wróć, użyłem zbyt mocnych słów. Związek chciał pokazać, że coś robi w tym temacie i, tak, jestem tego zdania, nieco losowo wybrał trzy mecze, w których doszukał się nieczystych intencji piłkarzy, zatem zawody uznał za odbyte, jednak wyzerował dorobki bramkowe i punktowe drużyn, które brały w nich udział. Jednym z tych spotkań było starcie Niebieskich.

  • Lech Poznań – Polonia Bytom 1:1
  • Zagłębie Lubin – Ruch Chorzów 0:2
  • Olimpia Poznań – Stal Mielec 1:3

Atmosfera panująca wokół Ruchu była gęsta już od jakiegoś czasu. Jesienią sezonu 1986/87 na własnym stadionie nie wygrał ani jednego meczu i stale zajmował miejsce w dolnych rejonach tabeli. Fani z Chorzowa doskonale widzieli, że z ich drużyną coś jest nie tak. Widać było, że macki korupcyjne dosięgły piłkarzy 13-krotnego wówczas Mistrza Polski. Rozgrywki zakończyli na 14. miejscu w tabeli, co oznaczało, że by zachować ligowy byt, muszą wyjść zwycięsko z barażowego dwumeczu przeciwko Lechii Gdańsk. Warto podkreślić, że Ruch był wtedy jedynym klubem, który nigdy nie zaznał gorzkiego smaku spadku z Ekstraklasy. Pierwsze starcie rozegrano w Chorzowie. Gospodarze przegrali 1:2, a gol na 0:1 został najsłynniejszym samobójczym trafieniem w historii polskiej piłki nożnej.

Oczywiście od razu w kierunku Janusza Jojki poleciały nie tyle same podejrzenia, co po postu bezpośrednie zarzuty sprzedania meczu i celowego wrzucenia sobie piłki do siatki. Takie głosy słyszy się po dziś dzień. Czy nawet jeśli sprzedałby ten mecz, to czy, mówiąc kolokwialnie, sfinalizowałby transakcję w taki sposób? Nie wydaje mi się. Na pewno nie zrobiłby tego tak perfidnie. Wybrałby zapewne mniej podejrzane rozwiązanie, a tych jest przecież cała masa. Dlatego jestem pewien, że ten jakże słynny samobój był najzwyczajniej w świecie składową przypadku, pecha i niefortunności. Tego samego zdania jest były piłkarz Niebieskich, Albin Wira:

Mówią, że zrobił to specjalnie, ale to jest po prostu niemożliwe. Jojko wcześniej wpuścił specjalnie kilka goli, oj tak, ale nie w tym meczu. W przerwie weszliśmy do szatni i trener Machciński od razu powiedział: „Janusz, przebieraj się”. Jojko zaczął płakać. Po chwili trener zmienił zdanie: „Jak tyle zapierdoliłeś, to teraz ubieraj się i wypierdalaj na boisko bronić dalej”. Ubrał się ze łzami w oczach. Według mnie to był błąd, powinien zostać zmieniony. Był psychicznie rozbity. Nie mówię, że zawalił przy drugiej bramce dla Lechii, ale po strzale Puszkarza z rzutu wolnego był bez reakcji. Później mi opowiadał, że na miesiąc wyprowadził się z Chorzowa, bo codziennie czekali na niego kibice. To był dla niego ogromny stres. Mieszkał u rodziców czy teściów, bo bał się iść do własnego domu.

Ruch przegrał 1:2. Jedna z ligowych legend, stale powtarzana przy okazji wspomnień związanych z barażem przeciwko Lechii, mówi o tym, że po spotkaniu w Chorzowie pani sprzątająca znalazła w szatni torbę z pieniędzmi. Ile w tej legendzie jest prawdy?

Była torba… Była torba… Ale to nie po tym meczu, a znacznie wcześniej. Mnie wtedy w klubie nie było, znam to z opowieści, ale bezpośrednio od tej pani, ona mi to opowiadała. W szatni była taka stara szafa, do teraz mam ją przed oczami. W pewnym momencie wypadła z niej torba, a z niej wysypały się pieniądze. Ta pani, chyba Lidzia jej było na imię, wzięła te pieniądze i zaniosła do prezesa Bugdoła. Chłopcy nie popuścili. Podobno poszli do prezesa, by oddał im te pieniądze. I podobno im oddał.

W rewanżu Jojko już nie zagrał, w trybie natychmiastowym podziękowano mu za dalszą współpracę. Gdańsk nie okazał się gościnny, Chorzowianie ponownie przegrali 1:2 i po raz pierwszy w historii spadli z Ekstraklasy. Jojko odszedł do rywala zza miedzy, GKS-u Katowice i właśnie przy Bukowej został legendą.

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *