Najbardziej rozczarowujące transfery w Ekstraklasie

W przeszłości do Polski trafiło całkiem sporo zawodników z imponującym CV. Reprezentowali swoje kraje w wielkich piłkarskich turniejach i dzielili szatnię z najlepszymi piłkarzami świata. Teoretycznie na boiskach Ekstraklasy mieli czuć się jak podczas gry z kolegami na orliku. Wielu z nich jednak mocno zawiodło. Przyjrzyjmy się piłkarzom z głośnymi nazwiskami, którzy okazali się transferowymi niewypałami polskich klubów.

Na początku 2018 roku kontrakt z Legią Warszawa podpisał 64-krotny reprezentant Chorwacji, trzykrotny Mistrz Chorwacji, czterokrotny Mistrz Ukrainy, wielokrotny zdobywca krajowych Pucharów i Superpucharów, uczestnik Mistrzostw Europy 2012 i Mistrzostw Świata 2014. Eduardo da Silva, najlepszy chorwacki piłkarz z 2006 roku, lata temu miał być ważnym ogniwem Arsene’a Wengera w Arsenalu. Jego świetnie zapowiadającą się karierę skutecznie wyhamowała paskudna kontuzja, którą odniósł w starciu Kanonierów z Birmingham w lutym 2008 roku. Brazylijski Chorwat doznał otwartego złamania stawu skokowego i zerwania wszystkich jego więzadeł oraz zerwania naczyń krwionośnych w stopie. Na szczęście doszedł do siebie, ale po jego poczynaniach było widać, że głowa nie wyparła przykrych wspomnień. Mimo to wciąż odnosił sukcesy. Gdy trafiał do polskiej ligi, rzecz jasna najlepsze lata miał już za sobą, ale i tak wierzono, że da Legii tyle, co choćby Danijel Ljuboja. Nikogo na kolana jednak nie rzucił, a jego pobyt w Polsce najbardziej odczuła klubowa kasa. W ciągu 12 miesięcy w Ekstraklasie zaliczył zaledwie 11 spotkań, w których nie strzelił gola.

Obejrzyj na kanale nabramkepl w serwisie YouTube:

Drogę przez Premier League do Legii przebył też były napastnik Manchesteru United, 13-krotny reprezentant Chin, uczestnik Pucharu Azji i Igrzysk Olimpijskich, Dong Fangzhuo. Lata temu mówiło się, że zostanie jednym z najlepszym azjatyckich zawodników w historii, tymczasem jego kariera była bardzo dziwna. Po czasie można domniemywać, że transfer na Old Trafford był jedynie swego rodzaju chwytem marketingowym, by w Chinach zrobiło się jeszcze głośniej o Czerwonych Diabłach. Udało się – sam dochód ze sprzedaży koszulek z nazwiskiem „Azjatyckiego Leo Messiego”, jak określały Donga gazety, zwrócił pieniądze za transfer, opiewający na kwotę pół miliona funtów. Pod skrzydłami Alexa Fergusona rozegrał tylko jeden oficjalny mecz. W Ekstraklasie również nie zrobił furory. Zaliczył raptem 85 minut w dwóch spotkaniach.
Nie można przejść obojętnie obok transferu, jakiego w 2000 roku dokonała Pogoń Szczecin. Do Portowców trafił Mistrz ZSRR, Mistrz Szkocji, Mistrz Europy do lat 18, najlepszy strzelec Mistrzostw Świata do lat 20 i przede wszystkim Król Strzelców Mundialu 1994, Oleg Salenko. Niestety, mimo powyższych faktów, strzelcem wyborowym nigdy nie był. Na Mistrzostwach Świata w Stanach Zjednoczonych zdobył 6 goli, na co złożyło się trafienie z rzutu karnego przeciwko Szwecji i pięć goli zdobytych w wygranym 6:1 meczu z Kamerunem. Ponadto były to jego jedyne trafienia w historii reprezentacyjnych występów. Można więc powiedzieć, że Salenko był królem jednego popołudnia, co ewidentnie udowodnił w Szczecinie. W Ekstraklasie rozegrał bowiem zaledwie 17 minut i odszedł z klubu.

Ze znakomitym CV do Polski trafił pierwszy Niemiec w historii Ekstraklasy. Znajdowało się w nim 388 meczów w Bundeslidze, 2 Mistrzostwa Niemiec, 2 Puchary Niemiec, Puchar Zdobywców Pucharów, a do tego 6 występów w reprezentacji Niemiec i półfinał Mistrzostw Europy 1988. Takimi statystykami szczycił się Ulrich Borowka, gdy w 1997 roku trafił do Widzewa Łódź. Niestety, bardziej niż treningi interesowały go kobiety i alkohol, więc nie dziwi, że w barwach Mistrzów Polski rozegrał tylko 8 meczów i wrócił do swojego kraju. W ramach ciekawostki warto napomknąć, że Łodzianie wygrali wszystkie spotkania, w których Borowka brał udział, co jednak znacznie bardziej świadczy o sile ówczesnego Widzewa niż wkładzie niemieckiego zawodnika.
Kolejnym niewypałem Legii Warszawa był trzykrotny Mistrz Szkocji, który w barwach Glasgow Rangers sięgnął też po Puchar Ligi Szkockiej i Puchar Szkocji oraz awansował do finału Pucharu UEFA. Nacho Novo przy Łazienkowskiej nie zachwycił. Wiosną 2012 r. rozegrał jedynie 11 ligowych meczów, żadnego w pełnym wymiarze czasowym i bez dwóch zdań należy umieścić go do grona zawodników, którzy w Ekstraklasie zawiedli.
W 2005 roku Antoni Ptak zamarzył sobie, że zbuduje wielką Pogoń na bazie piłkarzy z Brazylii. Niestety, większość sprowadzonych przez niego zawodników była mizernej jakości, ale znalazła się jedna perełka. Przynajmniej na papierze. Trzecie miejsce na Igrzyskach Olimpijskich w 1996 roku, 3 Mistrzostwa Brazylii, Mistrzostwo Turcji i Puchar Włoch to dorobek Amarala. 10-krotny reprezentant Brazylii w przeszłości dzielił szatnię z takimi tuzami jak m.in. Ronaldo, Rivaldo, Dida, Roberto Carlos czy Gianluigi Buffon. Kibiców w Polsce nie oczarował. W ciągu trzech rund rozegrał 16 meczów, strzelił jednego gola i przyczynił się do hucznego spadku Pogoni z Ekstraklasy.

Teraz trzy przypadki powrotów do Ekstraklasy, z którymi kibice wiązali wielkie nadzieje, a nic dobrego z nich nie wyszło. W 2010 roku, po 11 latach spędzonych w Niemczech, do Lecha Poznań, świeżo upieczonego Mistrza Polski, trafił Artur Wichniarek. Drugi epizod Króla Bielefeldu w naszej lidze nie był tak udany jak pierwszy, w którym w 122 meczach strzelił 32 gole. W ataku Kolejorza miał wypełnić lukę po Robercie Lewandowskim, ledwo co wytransferowanym do BVB. Tymczasem rozegrał tylko siedem ligowych meczów, w których nie wpisał się na listę strzelców i po nieco ponad trzech miesiącach od pojawienia się na Bułgarskiej, klub rozwiązał z nim kontrakt za porozumieniem stron.
W tym samym czasie do Wisły Kraków trafiła jej legenda, która kilka lat wcześniej zdobywała pod Wawelem tytuły mistrzowskie i sięgała po koronę Króla Strzelców. Maciej Żurawski znów miał odpalać swoją strzelbę, jednak zrobił to tylko raz, trafiając w 4. kolejce sezonu przeciwko Polonii Bytom. Później coraz częściej pełnił rolę rezerwowego i choć rozegrał w sumie przyzwoitą liczbę spotkań, bo aż 21, nikt z kibiców nie ma wątpliwości, że oczekiwania wobec niego były znacznie, znacznie większe. Po zakończeniu rozgrywek 2010/11 rozstał się z dużą piłką, później grywał jedynie hobbistycznie w III lidze.

Wielkim zaskoczeniem był transfer, jakiego w 2012 roku dokonało broniące się przed spadkiem Podbeskidzie Bielsko-Biała. Pod Klimczok trafił były reprezentant Polski, zdobywca krajowego Pucharu z Wisłą Płock, a przede wszystkim napastnik, który nie tak dawno czarował stadiony Ligue 1. Ireneusz Jeleń miał być gwarancją co najmniej kilkunastu trafień, tymczasem szybko zaczął irytować kibiców w Bielsku-Białej. Na boisku był ociężały i ospały. Zagrał w zaledwie 7 meczach, gola nie strzelił i zmarnował rzut karny, po czym jego kontrakt został rozwiązany. Swoje marne statystyki po powrocie do Polski podreperował nieco wiosną w Górniku Zabrze, którego barw bronił 12-krotnie, strzelając 2 gole.

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *