20 kolejek, 16 stadionów. W podróży przez areny Ekstraklasy

O tym, że kocham polską piłkę, chyba już wspominałem. Ekstraklasa jest moją ukochaną ligą. Kiedy mam do wyboru mecz Korona-Piast lub Liverpool-Chelsea, bez zastanowienia oglądam ten pierwszy. Od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie myśl, by w jednym sezonie zaliczyć wszystkie stadiony najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. W lipcu 2016 roku stwierdziłem wreszcie, że nie ma na co czekać i odwlekać swoich planów w nieskończoność. Od myśli, przez słowa, do czynów.

Bardzo chciałem rozpocząć równo z gwizdkiem. Pierwszą kolejkę inaugurowały starcia w Płocku i we Wrocławiu. Niemal do ostatniej chwili zastanawiałem się, który mecz wybrać. Chętnych na zobaczenie powrotu Wisły do Ekstraklasy było co nie miara, więc z obawy, że odbiję się od kasy bez biletu, zdecydowałem się na Wrocław. Co oczywiste, zdaję sobie sprawę z faktu, że wejściówki mógłbym zamówić online, jednak bardzo lubię oficjalne bilety, które zawsze zachowuje. Stanowią dla mnie dobrą pamiątkę z każdego meczu, na którym byłem. Starcie Śląsk Wrocław – Lech Poznań zapowiadało się bardzo ciekawie. Do stolicy Dolnego Śląska dotarłem na dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem i od razu wyruszyłem na stadion.

-Poproszę bilet na sektor 320.
-Wszystko zajęte.
-To na 319 albo 321.
-Również zajęte.
-220?
-Nie ma miejsc.

Nie powiem, bardzo mnie to zaskoczyło. Wrocławski stadion na meczach ligowych świecił pustkami, a nie słyszałem, by na starcie z Lechem szykowała się nadzwyczajnie dobra frekwencja. W końcu kupiłem wejściówkę na sektor 221. Sędzia rozpoczął widowisko, a miejsca, na które początkowo chciałem wejść, były co najmniej w 50% puste. Do dzisiaj nie wiem, i pewnie już się nie dowiem, dlaczego system w kasach pokazywał komplet na przedmiotowych obszarach trybun. Te jednak wkrótce się zapełniły, ale nie przez spóźnialskich. Za sprawą deszczu, który przeszkadzał mi i innym kibicom siedzącym w dolnych rzędach, przesiedliśmy się na wyższe stanowiska. Sam mecz był niesamowicie nudny i zakończył się bezbramkowym remisem.

W drugiej kolejce udałem się na jeden z najbliższych wyjazdów. Z Katowic, skąd rozpoczynałem każdą podróż, do Gliwic mam niespełna 28 km. Niedzielny mecz Piast – Wisła Płock toczony był w niesamowitym skwarze. Piotr Ćwielong nie byłby zachwycony. Gospodarze zwyciężyli 2-1.

Bilety na mecze Piasta nie zachwycają, wyglądają jak sklepowy paragon:

Od początku moich wojaży planowałem, że będę szukał takich kolejek, by na dalekich wyjazdach zaliczać od razu dwa mecze. Już w 3. kolejce swoje domowe spotkania, dzień po dniu, rozgrywały Arka i Lechia. W piątek z samego rana wyruszyłem pociągiem do Gdyni, gdzie zamierzałem zostać do soboty. Starcie Arka – Ruch Chorzów cieszyło się bardzo dużym zainteresowaniem. Na trybuny „Tory” oraz „Olimpijska” nie było już miejsc, w związku z czym wybrałem narożnik. Będąc na stadionach, staram się kupować bilety albo na środku dłuższych trybun, albo właśnie na narożnikach. Im wyżej, tym lepiej. Wielu moich znajomych dziwi się moim upodobaniom, zwłaszcza jeśli chodzi o miejsca najbardziej oddalone od boiska. Zawsze tłumaczę, że na stadiony jeżdżę oglądać grę, a nie piłkarzy. Z bliska tak naprawdę widać najmniej. Nie można dostrzec m. in. dokładnego ustawienia drużyn, przemieszczania się poszczególnych formacji i gry bez piłki. Niestety, w Gdyni ostatni rząd nie był najlepszym pomysłem:

Słupy, na których opiera się konstrukcja dachu, usytuowane są w 16. rzędzie każdej z trybun, co ogranicza widok osobom, które siedzą wyżej. Na szczęście znalazłem wolne miejsca, dzięki którym mogłem oglądać to widowisko w znacznie lepszych warunkach.

Rozpędzony beniaminek nie dał szans bezbarwnym Niebieskim, pewnie zwyciężając 3-0.

Nazajutrz zakotwiczyłem w Gdańsku. Pół dnia wdychałem jod na plaży, a w godzinach popołudniowych udałem się na Stadion Energa. Mimo, że do rozpoczęcia meczu Lechia – Wisła Kraków pozostało około półtorej godziny, a chwilę wcześniej przez Trójmiasto przeszła solidna ulewa, pod kasami biletowymi były tłumy ludzi. Po około 20 minutach stania ktoś uprzejmy poinformował, że w klubowym sklepiku nie ma takich kolejek, a tam również można kupić wejściówki. Chwilę później miałem już bilet w ręku. Organizatorzy nie zdecydowali się otworzyć górnych części trybun, przez co miejsce, które zająłem, nie należało do najlepszych. Widowisko było bardzo dobre, toczone w żwawym tempie. Podopieczni Piotra Nowaka wygrali 3-1.

Na najbliższy z wyjazdów, do Chorzowa, pojechałem na poniedziałkowy mecz kończący 4. serię gier. Podczas starcia Ruch – Wisła Płock doskonale przypomniałem sobie klimat z początku XXI wieku, kiedy zacząłem jeździć na mecze. Stary stadion z zaledwie jedną zadaszoną trybuną, brak zwracania uwagi na miejsca wyznaczone na biletach, dostęp do niemal każdego z sektorów, charakterystyczne maszty oświetleniowe. Wyjątkowy klimat areny Niebieskich wyczuwało się na każdym kroku. Okrzyki „ciulej tora!”, „ciepej!”, „ciulu!” ani na chwilę nie pozwalały zapomnieć o tym, gdzie właśnie się znajduję. Drugą połowę miałem okazję obejrzeć na słynnej „Dziesionie”. Mecz zakończył się remisem 2-2. Jedną z bramek strzelił Mariusz Stępiński, dla którego był to ostatni występ przy ul. Cichej przed przenosinami do Nantes.

Kolejne dwa tygodnie przeznaczyłem na wakacje. Do Ekstraklasowych wojaży wróciłem w 7. kolejce. Cel – Szczecin i Poznań. Do stolicy województwa zachodniopomorskiego wyruszyłem w piątek późnym wieczorem. Nadrobiłem nieco drogi, bo najkorzystniejszym połączeniem był pociąg wyruszający z Krakowa. Na dworcu miałem okazję obserwować kibiców Śląska, którzy wracali do Wrocławia po meczu z Wisłą.
Nocna podróż minęła bardzo sprawnie. Na mecze Pogoni nie można wejść bez karty kibica. Aby ją wyrobić, udałem się do sklepiku klubowego w galerii Galaxy. Tam nabyłem bilet, bardzo podobny do tych, które obowiązują na Piaście. Zmierzając tramwajem na starcie Pogoń Szczecin – Cracovia, dało się wyczuć, ile dla kibiców Portowców znaczy pojedynek z Pasami. Upał, który towarzyszył temu widowisku był nie do zniesienia. W pamięci zapadł mi spiker, który rzucał bardzo suchymi tekstami, oraz sytuacja, po której piłka wylądowała na trybunach. Dopadł do niej jeden z kibiców Pogoni i nie zamierzał oddać, pomimo błagalnego wzroku chłopczyka, który zza linii bocznej boiska podawał futbolówki. Tłum nie miał litości:

Kurwa, cepie, oddawaj tę piłkę! Własny klub chcesz okradać?

Podziałało. Portowcy, dzięki pięknej bramce wychowanka, Dawida Korta, zdołali doprowadzić do wyrównania tuż przed końcem regulaminowego czasu gry. Pogoń – Cracovia 1-1.

Następnego ranka wsiadłem do pociągu zmierzającego do Poznania. W drodze na mecz Lech – Piast Gliwice chodziła mi po głowie piosenka:

Ludzi tłum przez miasto gna, dziś Kolejorz mecz swój gra!

Kibice Lecha byli widoczni dosłownie wszędzie, tramwaje pękały w szwach. Gdy spotkanie się rozpoczęło, bardzo się zdziwiłem. Gdzie się podziali ci wszyscy ludzie? Na trybunach zjawiło się niespełna 11 300 osób. Podczas meczu wyrażali swoje niezadowolenie z postawy klubowych działaczy i domagali się, by do drużyny dołączył jakiś klasowy napastnik. Gospodarze wygrali 2-0. Zwycięstwo nie uratowało posady trenera Urbana. Po kilku dniach na ławce trenerskiej zastąpił go Nenad Bjelica.

We wrześniu i w pierwszym tygodniu października nie zaliczyłem żadnego meczu w Ekstraklasie. Po tej przerwie dwukrotnie odwiedziłem Kraków. Najpierw, w 12. kolejce, wybrałem się na spotkanie Cracovia – Wisła Płock. Zapewne nikt ze zgromadzonych na stadionie nie przypuszczał, że zwycięstwo gospodarzy 1-0 będzie ostatnim ligowym triumfem piłkarzy Jacka Zielińskiego w 2016 roku.

Tydzień później, po przeciwnej stronie Błoń, odbywały się małe derby Małopolski, Wisła – Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Szydery z zawodników z najmniejszej miejscowości w Ekstraklasie nie było końca.

Zajebać ci z kostki brukowej?
Co się kurwa rzucasz, to nie jest pole kukurydzy!

Biała Gwiazda wygrała 2-0. Publiczność nie była zadowolona z postawy Rafała Boguskiego. Jego każde złe zagranie było szeroko komentowane. Nic nie zapowiadało, że w najbliższych tygodniach wypali jak z armaty.

W ostatni weekend października rozpocząłem odkrywanie wschodnich terenów Polski. Pierwszy przystanek – Kielce. Wracając w piątek z pracy usłyszałem w radio, że PKP zachęca do korzystania z ich oferty w nadchodzących dniach, zapowiadając, że w związku ze wzmożonym ruchem samochodowym (był to weekend poprzedzający Uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny) kolej będzie najlepszą i najszybszą formą transportu. Posłuchałem. O ile do miasta Scyzoryków dojechałem bez problemu, o tyle schody zaczęły się w drodze powrotnej. Ale po kolei. Spodziewałem się większej frekwencji na meczu Korona – Legia Warszawa.

Na dość słabą publikę (niespełna 8500 osób) złożyły się trzy kwestie: protest najbardziej zagorzałych fanatyków Złocisto-Krwistych, zła pogoda i zbliżające się święta, o których wspomniałem wcześniej. Zająłem miejsce na dolnej części trybun, co zdarza mi się bardzo rzadko. Miałem przyjemność oglądać to spotkanie z grupką starszych fanów Korony. Wspominali wiele meczów z przeszłości i opowiadali bardzo ciekawe anegdoty. Autentycznie zaimponowali mi, gdy wyrażali swoje pretensje w kierunku sędziego lub któregoś z piłkarzy Legii. Nie używali standardowych określeń na „k” i „ch”, tylko słowa… wujek.

Ty, wujek, co ty to gwiżdżesz!?

Dzięki nim nie przegapiłem żadnej ciekawej sytuacji boiskowej, bo na każdą reagowali bardzo żywiołowo. Przy wyniku 2-0 dla gospodarzy jeden z nich, siedzący najbliżej mnie, powiedział:

-Wie pan, niby prowadzimy 2-0, ale ja tutaj remis naprawdę wziąłbym w ciemno. Warszawiacy to cwaniacy, mogą to odrobić.
-Obawiam się, że piłkarze Korony nie wytrzymają kondycyjnie i w drugiej połowie Legia ich zajedzie.

Nie myliliśmy się. Wojskowi z 2-0 zrobili 2-4 i wywieźli zasłużone 3 punkty. Po końcowym gwizdku piłkarze Mistrza Polski usłyszeli od swoich kibiców:

Tylko zwycięstwo, z Realem tylko zwycięstwo!

Nie zaprzeczę, przyjąłem te słowa z uśmiechem na ustach. Tymczasem kilka dni później Legioniści rozegrali wspaniałe zawody przeciwko Królewskim i zremisowali 3-3. Wracając do PKP, będąc na dworcu dowiedziałem się, że mój pociąg ma ponad 120 minut opóźnienia, w związku z czym z Kielc wyjechałem dopiero po 3:00.

W 15. kolejce znowu byłem naocznym świadkiem meczu Kielczan, tym razem wyjazdowego, Bruk-Bet Termalica Nieciecza – Korona Kielce. Na wyjazd do Niecieczy czekałem szczególnie. Obiekt robi wrażenie. Widać, że mimo tego, że na Ekstraklasę był przygotowywany na wariackich papierach, wykonano kawał naprawdę solidnej roboty.

Trybuna otwarta to stalowa konstrukcja, łatwo rozbieralna. Czasami stawia się takie jako tymczasowe. Zapytałem jednego ze stewardów czy są plany na wykonanie trybun za bramkami.

Kiedyś na pewno będą, ale kiedy? Nie wiadomo!

Moim zdaniem nie będą potrzebne. Odniosłem wrażenie, że większość osób, które siedziały w pobliżu mnie, traktuje Termalikę jako ciekawostkę. Być może, podobnie jak ja, pierwszy raz zjawili się na stadionie Słoni. Nie są emocjonalnie związani z tym klubem, jest im obojętne to, co dzieje się na murawie. Wnioskuję to po obserwacji ich reakcji.

Jovanović strzela bramkę – umiarkowana radość.
Przeciwnik ostro fauluje ich zawodnika – spokój.
Sędzia odgwizduje karnego dla Korony – ok, trudno.
Pleva otrzymuje czerwoną kartkę – widocznie zasłużył.

Zero jakiejkolwiek dezaprobaty. Na wielu stadionach niejednokrotnie słyszałem zachwyt nad Niecieczą. Kibice innych drużyn są pod wrażeniem, że w miejscowości liczącej 750 mieszkańców, na mecze regularnie przychodzi po 4 tysiące osób. Zainteresowanie tym klubem już nie wzrośnie, maksimum zostało osiągnięte. Jeśli włodarzom przez długi czas uda się utrzymać ten poziom – chapeau bas. Jestem jednak przekonany, że z rundy na rundę frekwencja w Niecieczy będzie spadać. Wracając do meczu, podopieczni Czesława Michniewicza przegrali 1-3. Po spotkaniu znalazłem jedną z wad stadionu – wyjście odbywa się tylko przez jedną bramę, przez co traci się trochę czasu.

Dwa tygodnie później pokonałem najdłuższą trasę ze swoich stadionowych wycieczek. W piątek  dotarłem do Białegostoku na szlagier kolejki, Jagiellonia – Legia Warszawa. Bardzo ładny stadion, wysoka frekwencja i całkiem przyzwoite spotkanie. Do pełni piłkarskiego święta zabrakło mi kibiców gości, którzy nie mogli przyjechać na Podlasie z powodu… zniszczonego miesiąc wcześniej płotu. Wejście na wszystkie trybuny (co trzeba podkreślić – bardzo płynne) odbywało się za pomocą zaledwie 4 bram. W związku z tym obawiałem się, że czas oczekiwania na wyjście będzie znacznie dłuższe niż w Niecieczy. Projektant stadionu w Białymstoku na szczęście zadbał o tę sprawę. Po spotkaniach otwierane są dodatkowe wyjścia, umieszczone wzdłuż każdej z trybun, dzięki czemu opuszczanie obiektu odbywa się błyskawicznie. Jaga – Legia 1-4.

Chcąc odhaczyć w tym tygodniu jeszcze jeden stadion, nie mogłem sobie pozwolić na nocleg w Białymstoku. Tuż po meczu udałem się na dworzec autobusowy, z którego odjechałem do Warszawy. W Stolicy przez niemal trzy godziny czekałem na pociąg do Lublina. Na Lubelszczyznę dotarłem około 9:00. Wiem, że gentlemani nie piją przed 12:00, ale jak oprzeć się pokusie, gdy niemal w każdej knajpie laną Perłę serwują za 4 zł? Starcie Jagiellonii z Legią wysoko podniosło poprzeczkę, obawiałem się poważnego zjazdu jakościowego. Po spotkaniu Górnik Łęczna – Ruch Chorzów nie można było oczekiwać fajerwerków. Na Lublin Arenie zameldowałem się około 50 minut przed pierwszym gwizdkiem. Na wejściu usłyszałem od ochroniarzy:

O, w końcu jest pierwszy kibic, brawa dla pana!

I rzeczywiście, nie licząc ochrony i stewardów, na trybunach byłem kompletnie sam.

Im bliżej rozpoczęcia meczu, tym więcej ludzi pojawiało się na stadionie, ale i tak nie było ich zbyt wielu. Niespełna 1900 osób na obiekcie o pojemności 15,5 tys. to smutny widok. Jeszcze smutniej zrobiło się podczas samego widowiska. Górnik na boisku nie istniał, przegrał 0-4. Brak zorganizowanego dopingu doprowadza do sytuacji, że słychać niemal wszystko, co publiczność ma do powiedzenia. Piłkarze Andrzeja Rybarskiego nasłuchali się tylu bluzgów pod swoich adresem, że aż robiło mi się ich żal. W tym całym ambarasie rozbawił mnie jeden z kibiców, siedzący na przeciwległej trybunie. Jako jedyny starał się dopingować, miał nawet ze sobą bęben. Słynną przyśpiewkę „walczyć, biegać i się starać, a jak nie to wypierdalać” przekształcił na swój sposób:

Walczyć, biegać i się starać, a jak nie to zapierdalać!

Jestem zdecydowanym przeciwnikiem rozgrywania domowych spotkań na obcych stadionach. Przykład Górnika Łęczna pokazuje, że takie rozwiązanie nie przynosi nikomu korzyści. A najbardziej cierpią na tym ci, wokół których w tym biznesie wszystko się kręci – piłkarze i kibice. Sam nie mogę się doczekać kiedy Łęcznianie wrócą na swój obiekt. Wtedy na pewno znowu odwiedzę Lubelszczyznę.

Do zrealizowania swojego celu pozostały mi tylko 3 stadiony. Rzut oka na terminarz dał mi do myślenia, że mogę uwinąć się jeszcze w rundzie jesiennej. W przedostatniej serii gier wybrałem się na mecz na szczycie. Wisła Płock – Ruch Chorzów, 14. i 15. drużyna w tabeli. Aktualna forma obu zespołów, fatalna pogoda, bardzo niska temperatura – nic nie zapowiadało dobrego widowiska. W drodze na stadion usłyszałem:

Dzisiaj na mecz przyjdą tylko prawdziwi fanatycy!

Ja na obiekt wszedłem za darmo. Idąc po bilet do kasy, zaczepił mnie pewien pan i powiedział:

Czekaj pan! Chce pan wejść za darmo? Chodź pan, kolega się rozchorował, a szkoda biletu!

Rzeczywiście, frekwencja nie powaliła na kolana. Ale niech żałują wszyscy ci, którzy tego wieczoru nie zjawili się na stadionie im. Kazimierza Górskiego. Piłkarze obu zespołów zaprezentowali zgromadzonym prawdziwy dreszczowiec, trzymający w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. Nagłe zwroty akcji, prowadzenie raz jednej, raz drugiej drużyny, fenomenalne bramki. Czego chcieć więcej? Trzeci gol Piotra Wlazło, strzelony niemal z połowy boiska, to jedno z najpiękniejszych trafień, jakie widziałem na własne oczy. Po tej bramce długo trzymałem się za głowę i nie dowierzałem w to, co przed momentem zobaczyłem. Obok mnie stał młody chłopak, max 8-10 lat, i powiedział:

Ale zajebał, co nie?

Oj, niemiłosiernie. To spotkanie pokazało również, jak cienka jest granica między nienawiścią a miłością w piłce nożnej. Przy stanie 2-3 jeden z kibiców krzyczał:

Kaczmarek, pakuj się kurwa! Znowu cały tydzień spierdolony przez bandę patałachów! Jaki człowiek jest kurwa głupi, że zakochał się w piłce i żyje jebanymi nadziejami!

Nagle zrobiło się 4-3 i już nikt żadnych zażaleń nie miał.

W ostatniej kolejce przed przerwą zimową obrałem kurs na Warszawę. W Stolicy dało się wyczuć, że dzisiaj gra Mistrz Polski. Chorągiewki na taksówkach i autokarach, sporo osób w kurtkach, czapkach i szalikach w klubowych barwach, wiele informacji na temat wieczornego wydarzenia. Mecz Legia – Górnik Łęczna miał kilka smaczków. Powrót na Łazienkowską 3, tym razem w roli szkoleniowca gości, zaliczył Franciszek Smuda. Był to jednocześnie jego debiut na ławce Górnika. Ostatnie spotkanie w barwach Wojskowych rozgrywał Nemanja Nikolić. Węgier pożegnał się z kibicami w najlepszy z możliwych sposobów. Jego hat-trick walnie przyczynił się do zwycięstwa 5-0. Schodząc z boiska otrzymał owację na stojąco.

Będąc całkowicie obiektywnym, stwierdzam, że w Ekstraklasie nigdzie nie oglądało mi się meczu lepiej niż w Warszawie.

Po nocy spędzonej w Stolicy, rano udałem się na Lotnisko Chopina, skąd poleciałem do Wrocławia, a stamtąd przedostałem się autobusem do Lubina. Ostatnim akordem Ekstraklasowej jesieni był mecz Zagłębie – Piast Gliwice. Tuż przed dojściem na stadion dowiedziałem się, że przez utrzymującą się gęstą mgłę, istnieje ryzyko, że spotkanie nie dojdzie do skutku. Widoczność rzeczywiście była fatalna. Będąc na sektorze ciężko było dostrzec przeciwległą trybunę.

Piłkarze zdołali stworzyć całkiem ciekawy spektakl. Bohaterem gospodarzy został strzelec dwóch goli, kapitan zespołu, Arkadiusz Woźniak. Po pierwszej jego bramce mgła opadła, dzięki czemu drugą połowę można było zobaczyć w znacznie bardziej komfortowych warunkach. Miedziowi zwyciężyli 2-1.

Podsumowanie

Jak widać, cel, który wyznaczyłem sobie przed sezonem, został zrealizowany. Bardzo się cieszę, że udało mi się zamknąć wszystko w jednej rundzie. Co oczywiste, nadal będę odwiedzał stadiony Ekstraklasy, bo jestem od nich wręcz uzależniony. Podczas swojej jesiennej przygody pokonałem 6960 km. W 16 meczach zobaczyłem 55 goli, co daje bardzo dobrą średnią 3,44 bramki na mecz.

Nigdy wcześniej nie byłem na stadionach Arki, Ruchu, Pogoni, Korony, Bruk-Betu, Jagiellonii, Wisły Płock, Legii i Zagłębia. Wyjazdy na spotkania Ekstraklasy nie ograniczały się rzecz jasna tylko i wyłącznie do piłki nożnej. Nie od dziś wiadomo, że podróże kształcą. Poznałem wiele ciekawych miejsc, ludzi i historii. Smakowałem lokalnych potraw, Pasztecik Szczeciński stał się jednym z moich ulubionych przekąsek. Pierwszy raz w życiu byłem w takich miejscowościach jak Szczecin, Białystok, Nieciecza, Płock i Lubin. Wyjazd na mecze Arki i Lechii połączyłem z weekendem nad morzem ze swoją Narzeczoną. Podczas przemieszczania się pomiędzy miastami pochłonąłem wiele książek, po które w mieszkaniu nie sięgałbym tak chętnie jak np. w pociągu.

W Ekstraklasie da się zakochać. Wiele osób narzeka na jej poziom. Z szesnastu wyżej przedstawionych meczów, maksymalnie dwa mogę zaliczyć do słabych. Na kilku z nich emocje trzymały w napięciu od pierwszego do ostatniego gwizdka sędziego. Jakości czysto piłkarskiej na naszych rodzimych boiskach jest z roku na rok coraz więcej. Z ręką na sercu stwierdzam, że atmosfera na stadionach Ekstraklasy jest znacznie lepsza niż na przykład na meczach Reprezentacji. Często spotykam się z opiniami, że na ligowych arenach jest niebezpiecznie. Jak w życiu, najwięcej na ten temat wypowiadają się ci, którzy mają najmniej do powiedzenia. Ze stadionem mają wspólnego tyle, co ja z Teatrem Wielkim w Warszawie – kiedyś przechodziłem obok. Póki co zaliczyłem ponad 200 meczów na poziomie Ekstraklasy i I Ligi. Znam ludzi, których dorobek jest jeszcze bardziej okazały. Zarówno oni, jak i ja, mamy się dobrze, nigdy nic złego na stadionach nas nie spotkało.

Zachęcam wszystkich do pozbycia się wszelkich uprzedzeń do naszej Ekstraklasy. Artykuł zakończę słowami Stanisława Jachowicza:

“Cudze chwalicie,
Swego nie znacie,
Sami nie wiecie,
Co posiadacie.”

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *